Tort urodzinowy Gdyni - Rada Miasta Gdynia
fot. Zygmunt Zmuda - Trzebiatowski

Trzask łamanych kręgosłupów, czyli jak chwycić lewą ręką za prawe ucho [odcinek 4]

Odrębne stany świadomości, czyli czego nie wiecie o gdyńskim Urzędzie Miasta

Trzask łamanych kręgosłupów, czyli jak chwycić lewą ręką za prawe ucho

„Lecz nikt nie widzi i nie słyszy
Co robi Góral w krymską noc
Gdy gestem w wiernych towarzyszy
Wpaja swą legendarną moc”

          Jacek Kaczmarski, Jałta

Opowieść z 2010 roku

Tym razem nie o urzędzie, a bardziej o radnych i prezydencie. To będzie opowieść z roku 2010. Po co nam wspominki? By zrozumieć, jak wiele z tego, co dzieje się dziś w Gdyni, ma swoje korzenie znacznie wcześniej i jak owe wcześniejsze wydarzenia były kluczowe dla dzisiejszej sytuacji. Gdy zna się mechanizm, to i skutki stają się czytelne.

Przenieśmy się do sali imienia Franciszka Sokoła na pierwszym piętrze gdyńskiego urzędu miasta. Jest, grudzień 2010, tuż po wyborach samorządowych, jak zwykle zwycięskich dla ekipy rządzącej od zawsze Gdynią. Ponieważ zwycięstwo daje komfort samodzielnego układania powyborczego pejzażu, Samorządność może decyzje odnośnie prezydium rady miasta podejmować we własnym gronie.

Szansa na powiew świeżości…

Wygląda na to, że sytuacja jest wyjątkowa: po raz pierwszy bowiem od 1990 roku do rady nie dostał się Stanisław Szwabski, dotychczasowy Przewodniczący Rady Miasta. To znaczy, zapewne po rezygnacji przyjęcia mandatu przez Bogusława Stasiaka do rady wejdzie, ale już w drugim rozdaniu – tymczasem to na pierwszej sesji wybiera się przewodniczącego. Jest zatem szansa na powiew świeżości, zmiany i wprowadzenie energii do prac rady. Jak zwykle niepoprawny w swojej naiwności, chyloński radny w kuluarach mówi o swoich aspiracjach i gotowości wzięcia się z tematem za bary, no i w ogóle, że będą jakieś wybory, decyzje, może giełda pomysłów na to jak poprowadzić radę z pomysłem. Jak się okazało, kuluary szybko przekazują plotki, gdzie trzeba, w związku z tym, gdy pojawiamy się na klubie, cały misterny plan jest już gotowy, choć zwykli ambitni śmiertelnicy nie mają o nim pojęcia.

Metodologia jest prosta w swej skuteczności: prezydent prosi o zgłaszanie kandydatur, ale nie na konkretne funkcje, tylko do prezydium rady łącznie. Najpierw padają cztery: dwie dość oczywiste, czyli Joanna Zielińska i Jerzy Miotke, dotychczasowi wiceprzewodniczący rady, potem moja kandydatura, kandydatura również niezasiadającej do tej pory w prezydium rady Beaty Łęgowskiej i kandydatura … Stanisława Szwabskiego.

Słychać lekki szmer zdziwienia, ale przecież to kandydatury do całego prezydium, a je można obsadzić w kilku krokach, nie tylko na pierwszej sesji, poza tym jest demokracja i każdy może zgłaszać – tłumaczy dobrotliwie prezydent.

Potem proponuje, by powołać grono, które porozmawia o kandydaturach i zarekomenduje klubowi rozwiązanie, żeby uporządkować dyskusje i wprowadzić porządek. Klub ochoczo się zgłasza i wyznacza dość szerokie grono, w którym jest również prezydent i wiceprezydenci (bo przecież to decyzja klubowa, więc dlaczego mamy wykluczać z naszego grona tych, którzy też są w tym klubie?). Wskazana ekipa zamyka się w prezydenckim gabinecie i wraca z rekomendacjami. I tu następuje kluczowa część opowieści.

TA-DAM. Na funkcję przewodniczącego rady rekomendują zgodnie … Stanisława Szwabskiego! Na wiceprzewodniczących – Joannę Zielińską, Jerzego Miotke i Beatę Łęgowską. Jedyny z tej piątki nieujęty w tym rozdaniu to oczywiście ja – fanga w nos się należy koledze, który sam próbował coś proponować, rozmawiać z ludźmi i naruszył nienazwane zasady i nieopisane procedury zamiast umówić się na audiencje, zgłosić gotowość i czekać. Fanga oczywiście mało przyjemna, ale nie ona jest sednem sprawy, ona tylko wskazuje miejsce w szeregu, taki subtelny klaps od tatusia.

Jak zrobić przewodniczącym rady kogoś, kto jeszcze nie jest w Radzie Miasta?

Sednem jest operacja: jak zrobić przewodniczącym rady kogoś, kto na pierwszej sesji radnym nie będzie? Ależ to proste – tłumaczy z uśmiechem prezydent. Skoro przepisy każą wybierać przewodniczącego na pierwszej sesji, to wybierzemy na przewodniczącą Joannę Zielińską, wybierzemy dwójkę wiceprzewodniczących, a potem nowa przewodnicząca po prostu … zrezygnuje i zapowie, że nie wyobraża sobie, by pracami gdyńskiej rady mógł kierować ktoś inny niż nestor gdyńskiej rady, Stanisław Szwabski. Na kolejnej sesji Stanisław Szwabski złoży ślubowanie i wybierze się go na przewodniczącego, ustali się, że wybiera się jeszcze jednego wiceprzewodniczącego i na to miejsce wybierze się Joannę Zielińską – i gotowe.

Brzmi absurdalnie? Absurdalnie i kosmicznie. W związku z powyższym dokładnie tak zrobiono. Jakie efekty?

Po pierwsze – z trzaskiem złamano kręgosłup nowej przewodniczącej, która zgodziła się na udział w tej szopce, na kandydowanie, które od startu zakładało wprowadzenie radnych w błąd. Wyraziła zgodę, by dać się użyć. Myślę, że było to upokarzające, przedmiotowe i bardzo przykre – ale myślę też, że nie było przymusu, by się na to zgodzić.

Po drugie – użyto również Stanisława Szwabskiego, który pierwszy raz w życiu musiał wchodzić do rady w kolejnym rozdaniu, czekając na zwolnienie mandatu i z tym kiepskim mandatem społecznym uczestnicząc w procedurze „a teraz wybierzemy cię na przewodniczącego”. I do końca tej kadencji było widać słabość tego mandatu i to wewnętrzne złamanie.

Po trzecie – decydując się na taki ruch i łapanie się prawą ręką za lewe ucho, nadużycie zaufania pozostałych radnych, także z opozycji, którzy głosowali na nową przewodniczącą traktując jej kandydaturę poważnie, prezydent jasno powiedział potencjalnym kandydatom na przewodniczącego, że się po prostu – w jego opinii, która w Gdyni staje się prawem i decyzją – NIE NADAJĄ. Tak bardzo się nie nadają, że aż trzeba tak karkołomnych decyzji.

Po czwarte – odsłonięto całą procedurę, której celem było zablokowanie otwartej dyskusji w klubie nad kandydaturami. Zgłaszajcie kogo chcecie, ale potem tajna rada w zaciszu prezydenckiego gabinetu ułoży to, oddzieli ziarno od plew, uchroni was od być może emocjonalnej dyskusji (a fe, kto to widział!) i wróci z nieodrzucalnymi rekomendacjami.

Po piąte – kto do tej pory nie widział, mógł zobaczyć wprost i bez ogródek, jakie znaczenie w systemie ma przewodniczący rady miasta i jak niewiele (nic) mają do powiedzenia ci, którzy mają go wybrać.

Po szóste wreszcie – i najważniejsze – po takim łamaniu kręgosłupów są możliwe tylko dwa scenariusze: ktoś, komu to zrobiono, albo nie ma na to zgody, albo od tej pory jest stuprocentowo lojalny po tym ostatnim z testów. Obecna przewodnicząca rady ten test bezwarunkowej lojalności i podporządkowania przeszła. A dlaczego nie zaproponowano tej procedury drugiemu z wiceprzewodniczących, Jerzemu Miotke? Myślę, że albo mu nie ufano, albo było jasne (dla mnie na przykład było), że na takie rozwiązanie by się nie zgodził. Nieprzypadkowo Jerzego w radzie miasta już nie ma i do niej w 2018 roku nie kandydował.

I to nie jest tak, że w łamaniu kręgosłupa chodzi o to, żeby coś sprawdzić, przetestować i mając pewność lojalności, już tak nie robić. Wręcz przeciwnie – wtedy można to robić w nieskończoność, z zupełnym spokojem, że buntu ani sprzeciwu już nie będzie.

Odcinek 1 – Wydział Ludzi Kłopotliwych
Odcinek 2 – Komu wydział, komu?
Odcinek 3 – Kto tu jest od inwestycji?