gosia pietrzak03

A pani tu znowu?

ROZMOWA Z NAJBARDZIEJ ZAKRĘCONĄ FANKĄ MUSICALI W TEATRZE MUZYCZNYM

ROZMOWA Z GOSIĄ PIETRZAK – NAJBARDZIEJ ZAKRĘCONĄ FANKĄ MUSICALI W TEATRZE MUZYCZNYM

ZZT: Podobno idąc do Teatru Muzycznego w Gdyni na spektakl trudniej Cię NIE SPOTKAĆ na sali niż spotkać? To prawda? I czy to prawda, że aktorzy odmawiają występu, jeśli nie ma Cię na widowni?

autopromocja

GP: Słyszałam o zamieszkach w kulisach, gdy się okazywało, że nie ma na widowni i nie ma dla kogo grać. A tak serio, to czasami się zastanawiam, jakim cudem nie dostałam jeszcze sądowego zakazu zbliżania się do teatru, bo usłyszałam kiedyś najpierw od pań z obsługi widza, a 5 minut później od pani z baru: „A PANI TU ZNOWU?”

Jeszcze bardziej serio: nie chcę wiedzieć co myśli ekipa z Muzycznego, gdy mnie widzi KOLEJNY raz na widowni (ponoć światło im świeci w oczy, więc może niektórzy nie wiedzą?) czy w mediach społecznościowych (powinni mieć mnie poblokowaną?)

ZZT: Jak to się zaczęło? Pamiętasz swój pierwszy spektakl w TM i emocje z tym związane?

GP: Moja mama uwielbia przytaczać anegdotę, że w moje dziewiąte albo dziesiąte urodziny pojechaliśmy z klasą na wycieczkę do Muzycznego właśnie i … nie podobało mi się! Próbowałam ustalić, przeglądając książki o historii Muzycznego co to mogło być… W każdym razie nie jestem dzieckiem teatralnym, mimo że moi Rodzice byli w przeszłości i na pierwszym Skrzypku, i na „My Fair Lady”, i na „Kolędzie nocce”, i na „Jesus Christ Superstar”  – ale jakoś mnie nie przekonali. Poza tym… nie do końca wtedy finansowo mogłam sobie pozwolić na to i może dobrze. Chociaż patrząc na obecne ceny biletów w Muzycznym, to WTEDY było bardzo tanio.

w gimnazjum/liceum wróciłam do teatru (Miejskiego, tańsze bilety, więcej konkursów w mediach) też poznałam muzykę francuskojęzyczną – co będzie zapewne w późniejszych pytaniach ważne – że koleżanka, nie wiedząc jaką książkę mi kupić, postanowiła mnie zabrać do Teatru w moje 22 urodziny. I tym razem BARDZO mi się podobało, bo była to „Lalka” Wojciecha Kościelniaka. I absolutnie przepadłam! Od tamtej pory całe stypendium, które miałam na studiach, wydawałam na kolejne spektakle. „Tango nuevo”, „39 stopni”, „Shrek”…

A emocje? „Lalka” mnie zahipnotyzowała. Lubiłam książkę, ale to co pokazali aktorzy Muzycznego na scenie… Już wtedy śmierć Rzeckiego wzruszyła. Pamiętam, ponad 11 lat później, bijące szybciej serce na „Trzy kwadranse” – ostatnim songu ze spektaklu.

ZZT: Na ilu spektaklach w gdyńskim TM byłaś? Jesteś w stanie to zliczyć? I próbowałaś kiedyś ustalić czy za to, co wydałaś na bilety, mogłabyś kupić mieszkanie czy luksusowe auto?

GP: Myślę, że od tego 9 grudnia 2011 ominęło mnie zaledwie parę spektakli repertuarowych – bo na przykład przekładałam sobie pójście na Sindbada, bo „przecież będą grali w następnym sezonie”… no, nie zagrali. Odbijałam to sobie pójściem parę razy na inne spektakle…

Myślę, że auto co najmniej, ale na szczęście nie mam prawa jazdy, więc nie mam czego żałować. Mieszkanie, mam takie szczęście, mam, więc nie przeliczam. Uwaga, będzie wzniośle: nie liczy się materialne szczęście, ale to co zostało. Naprawdę, tyle dobrych rzeczy zobaczyłam, że to, że nie zaoszczędzę jest najmniej istotne. Przynajmniej nie będę żałować.

ZZT: Na którym spektaklu byłaś najwięcej razy? Ile i dlaczego?

GP: Trochę historii jak to się zaczęło: do 2016 nie wracałam na spektakle. Wystarczył mi raz. Dobre czasy, ech… W wakacje 2016 Teatr miał kooperacje z Szekspirowskim i były dwie obsady „Kiss Me, Kate”. A we wrześniu była premiera Notre Dame. Mówiłam o francuskojęzycznej muzyce – Garou był wokalistą, który miał na mnie największy wpływ. Dzięki niemu zaczęłam się uczyć francuskiego – i tym samym zdobyłam prace. Dzięki niemu przez lata miałam kolejne media społecznościowe i znajomych z całego świata. Dzięki niemu poznałam musicale francuskie/francuskojęzyczne. Byłam na koncercie z oryginalną obsadą z orkiestrą symfoniczną w Paryżu w tym przełomowym grudniu 2011.

Gdy więc Teatr Muzyczny ogłosił. że mają oficjalną zgodę na musical, już chodząc wiedziałam, że ta wersja, jako jedyna w Polsce, może mieć sens, bo ten teatr jest wspaniały. Nawet przed premierą broniłam trochę musicalu, bo polscy fani Notre Dame na początku nie byli przekonani, że jak to, nie Bruno, nie Garou, że po polsku, że milion innych obaw. Chciałam przekonać i ich, i siebie samą, że „Notre Dame de Paris” w wersji z Teatru Muzycznego z Gdyni będzie miało sens. A poza tym, ludzie twierdzili, że nie ma biletów. A teatr wrzuca bilety przed setem. Pojedyncze, czasami koło siebie. A że ja nie mam problemu z chodzeniem samej, brałam. I chodziłam przekonując siebie i resztę, że warto. I tak się nachodziłam 27 razy. Dobrze, że licencja się skończyła po 170 spektaklach…

ZZT: Czy jest taki spektakl, który uważasz za absolutnie najlepszy i z jakiego powodu? I czy jest spektakl, który omijasz i nie chcesz do niego wracać?

GP: W Gdyni? Wszystko Wojciecha Kościelniaka. „Lalka” – od początku, „Chłopi”, miałam szczęście zobaczyć „Złego”. Po paru spektaklach uważam, że Wiedźmin to arcydzieło, które odkrywam za każdym razem na nowo. Rozumiem ludzi, którzy mówią, że nie do końca kupują za pierwszym razem – ale każdy kolejny to arcydzieło. Ostatnio też widziałam „Once on this Island” – dyplom IV roku Studium Wokalno -Aktorskiego, szkoły przy Teatrze. Niesamowicie zdolni ludzie przed skończeniem szkoły, coś absolutnie poruszającego! W Polsce – to „Kombinat” grany w Poznaniu z wieloma absolwentami SWA, w tym z solistą z Gdyni Kubą Brucheiserem.

I tak – jest spektakl, który omijam i raczej nie wrócę. Podobno nie należy nigdy mówić nie – ale jest. Ale myślę, że nie warto o nim mówić, lepiej polecić te dobre rzeczy.

ZZT: Czy świadomie wybierasz obsady, które oglądasz na spektaklu czy po prostu idziesz nie przejmując się składem?

GP: W tym zespole mogę iść na każdego… jak to zabrzmiało…, ale taka prawda. To tak cudownie zdolni ludzie, którzy potrafią zrobić wszystko! Chociaż, oczywiście, pewnie, mam swoje preferencje, bo akurat ktoś bardziej trafił do serca, bardziej mi podpasowała kogoś interpretacja songu/postaci/interakcja z innymi, ale to już niuanse, które mogą się zmienić.

W czasie oglądania po raz kolejny „Notre Dame” odkrywałam, że każdy spektakl może dać inną osobę, która akurat tego dnia zachwyci. Teatr to żywy organizm, to oglądanie żywych ludzi przeze mnie, jeszcze żywego człowieka.

ZZT: Jak w ogóle planujesz swoje życie teatralne? Robisz zmasowany nalot na stronę teatru i wykupujesz co się rusza, czy po otrzymaniu wypłaty odkładasz na suchy chleb, a za resztę po prostu kupujesz bilety?

GP: Tu u nas w Gdyni raczej na spontanie.  Jak mówiłam – teatr wrzuca bilety przed setem, tylko na koncerty sylwestrowe i ostatnio ogłoszoną premierę „Pan Disney” trzeba było polować na bilety długo przed, bo się wyprzedają szybciej. Mówiłam, że mogę na każdą obsadę, no ale czasami, jeśli chcę zobaczyć kogoś w innej „konfiguracji” to czekam na obsadę, co jest bardzo ryzykowne, bo teatr BARDZO późno wrzuca obsady. Jeśli chodzi o inne teatry, tu już trzeba zaplanować, zwłaszcza pociągi. Ale nie, nie zrobię prawa jazdy, mimo wszystko!

ZZT: Czy masz swojego ulubionego aktora lub aktorkę w TM? Jest tak, że możesz powiedzieć, że idziesz bardziej dla niego niż dla spektaklu?

GP: NIE NIE NIE, nie wybiorę. Kocham każdego z zespołu. Mogę wymienić każdego i powiedzieć o kimś coś ulubionego. Mamy tyle miejsca i czasu? Ale Geralt to tylko Krzysztof Kowalski, nie jego zmiennik.

ZZT: Czy lubisz chodzić na określony moment życia spektaklu? Premiery, próby generalne, ostatnie wystawienia?

GP: Ostatnie, czyli zielone to owszem, radosne, ale smutne wydarzenia – chociaż jak się zdarzają to już sukces, bo można przynajmniej oficjalnie pożegnać, jeszcze raz się pośmiać (zielona Gorączka, zielony Grease!!!), bo niektóre tytuły nigdy nie miały takiej możliwości.

Premiery dla mnie, jako zwykłego śmiertelnika, który może kupić bilet, ale na II balkonie, są mało atrakcyjne. Byłam owszem na paru próbach generalnych, publika jest wtedy cudowna, bo mocno teatralna, ale najbardziej ja lubię chodzić w trakcie sezonu, jak zwykły śmiertelnik, którym jestem. Bo premiery owszem, liczą się dla recenzentów, ale potem w trakcie sezonu większość ludzi chodzi i wtedy widać dopiero prawdziwy odbiór spektaklu. I widać wtedy jak już zespół zaczyna pracować, bawić się spektaklem, jak wchodzą w rytm. I kocham oglądać te zmiany.

ZZT: Czy masz swoją ulubioną miejscówkę w teatrze, której lepiej Ci nie zajmować?

GP: Siedziałam w każdym sektorze na pewno, na „Notrach” lubiłam loże, bo tańsze, ale ojej, Amfiteatr, rząd 1, miejsce 10/9, albo parter rząd 5 miejsce 19. Jakie to piękne miejsca są! Jakie drogie to są miejsca! Ale na pewno NIE JESTEM fanką balkonów.

ZZT: Jaki musical marzy Ci się wystawiony na scenie gdyńskiego TM?

GP: Hadestown. Zdecydowanie! Historia Orfeusza i Eurydyki, piękna muzyka, mam nawet w notatkach obsadę wybraną. Gdyby ktoś chciał konsultacji, to ja służę, mam BARDZO ciekawy pomysł na rolę Hermesa na przykład! Przez chwilę wyobrażałam sobie „Six” na Nowej/Kameralnej, ale będzie to robić teatr „Syrena”, poza tym chyba nie chcę tłumaczenia tego musicalu.

Nie jestem wielką fanką „Les Miserables”, ale przez chwilę był w planach i się podekscytowałam, że mielibyśmy mieć to w Gdyni. Miał realizować Michał Zadara, ale chyba wypadło z planów, bo dawno nie słyszałam…

A, i inne francuskie musicale, „Le Roi Soleil”, Mozart l’opera rock”. Nie wiem czy po współpracy przy Notrze ktoś będzie chciał współpracować z Francją, ale to inni ludzie mają licencję na LRS czy Mozarta niż Ci z „Notre Dame” – może współpraca będzie prostsza?

ZZT: Wiem, że niezależnie od dzikiej miłości do Teatru Muzycznego w Gdyni w ogóle uwielbiasz musicale. Dokąd zdarzyło Ci się jeździć i po co? Dokąd pojechałaś najdalej?

GP: Najdalej – to West End w Londynie i paryskie teatry. „Hamiltona” widziałam w Londynie, w Paryżu „Ghosta”, „Chicago”, revival „Notre Dame” i kilka mniejszych sztuk muzycznych.

Ale ogólnie od 2017 tourdemuzyczne – takie hasło sobie wymyśliłam – to tour po polskich teatrach muzycznych. Tourdemuzyczne miało być postanowieniem zobaczenia musicali w Polsce. Zaczęłam lepiej zarabiać w pracy, a w tym Muzycznym w Gdyni to już widziałam wszystko, chciałam wiec zobaczyć, co się dzieje w musicalowej Polsce. Pierwsza wycieczka była do pobliskiego Torunia, potem Warszawa, a potem z pomocą jakdojade i PortaluPasazera oraz zniżce na Bookingu – pojechałam dalej. Nie byłam jeszcze w Teatrze Muzycznym w Lublinie, ale byłam i w Białymstoku, i Szczecinie, Teatr Rozrywki w Chorzowie jest przemiłym miejscem, kocham Teatr Muzyczny w Poznaniu i w Toruniu, w Olsztynie był musical Tomka Valldala Czarnieckiego. Wydaje mi się, że w 99,9% procentach zawsze w obsadzie lub wśród nazwisk realizatorów widziałam kogoś kto albo skończył SWA, albo miał Gdynię w biografii to jest absolutnie cudowne!

ZZT: Czy uważasz, że powinnaś uzyskać jakąś stałą zniżkę albo darmową wejściówkę jako kluczowy sponsor? Tylko czy wtedy w ogóle wychodziłabyś z teatru?

Byłoby miło. Kiedyś na Kartę Mieszkańca było 5 procent zniżki, ale zlikwidowali, poza tym, można było tylko kupować w kasie, a ja zwykle kupuję przez Internet…

I tak, ja tak naprawdę kocham swoje mieszkanie, i lubię w nim być, więc kiedyś bym wyszła. Może po trzech „Something rotten” pod rząd chciałabym zobaczyć coś na Disney+, więc nie pokazałabym się… i wracając do pierwszego pytania, wtedy ze sceny padłoby pytanie: A CZEMU JEJ NIE MA?

ZZT: Prowadzisz blog związany ze swoją pasją. Opowiesz o nim coś więcej?

GP: Zawsze prowadziłam blogi, teraz pewnie nazwano by je lajfstajlowymi, ale to był 2003 rok i pisałam na Mylogu o przemyśleniach jak to koleżanki nie są spoko, a Garou daleko – czyli typowe zwierzenia nastolatki. Dobrze, że skasowali wszystko z Internetu! Blog na Newsweeku, który pisałam na studiach też zniknął – i dobrze!

Ma Gdynia a moi – kiedyś chciałam zmienić tą nazwę, ale zabrakło motywacji – to kolejne miejsce w Internecie, w którym chciałam mieć swój kawałek podłogi/łącza. Miał być o Gdyni – „ma rzeczownik a moi” to podkreślenie, że coś jest własne – ale w pewnym momencie w tym 2016 zdryfował w stronę teatru i tam już został. I jakimś cudem nadal istnieje. Rzadziej na MaGdynia piszę – ale jednak czasami mam ochotę coś dłuższego nadal napisać – do bloga mam stronę na Facebooku, na którym dzielę się, gdzie akurat jestem w teatrze. Dużo mnie też na Insta margotana. Ostatnio zaczęłam robić filmiki na Tik toku, które mają więcej wyświetleń niż ostatnie wpisy na blogu. Oczywiście, to promil tego co popularne, ale mimo że jak typowy Millenials nie wiem co tam robię, to tam też mówię o musicalach jako _margotana (samo margotana czy margoana było zajęte…)

Muszę kończyć, pociąg dojeżdża do Wrocławia – mają tu bardzo dobry teatr. Dziś – Gala Światowych Musicali!

Gosia Pietrzak, chylonianka z rumskimi korzeniami, wariatka teatralna nosząca tytuł z dumą, ale i lekkim zażenowaniem samą sobą. Nie przeżyje bez kawy z Moża kawy/Black and white coffee i Prosecco z Café Muza w Muzycznym. Aspiruje do przyjaźni z łabędziami na plaży Śródmieście, dzięki spóźnieniom na PKP czyta dużo każdego rodzaju książek. Na co dzień analityczka w jednym z korpo w Olivia Business Centre, po pracy przeżywa żałobę po trajtku 320 pomiędzy Świętojańską a Bulwarem.