fot. ZZT

Idąc Boczkiem, czyli czy leci z nami pilot?

Czy Prezydent Szczurek na pewno jeszcze rządzi?

Lubię i szanuję Andrzeja Boczka. Dobrze robi interesy, skutecznie realizuje to, co planuje, a przy okazji obchodzi go Gdynia. Doceniam, że dzięki niemu działa Cafe Strych, bo pewnie niejeden skorzystałby z okazji, by mniej lub bardziej zgodnie z prawem rozebrał maleńką wiejską chatę, by na jej miejsce wcisnąć o wiele większą kubaturę. Doceniam sfinansowanie Skate Parku, zaimponowało mi sfinansowanie z własnych środków pomnika Ryszarda Kuklińskiego, z wielkim uznaniem śledzę pomoc świadczoną przez Andrzeja Boczka wychowankom domu dziecka. Znam kilka sytuacji, w których po cichu, bez blasku fleszy, pomógł w różnych sytuacjach różnym osobom, niekoniecznie z jego bajki. W swojej działalności deweloperskiej jest bardzo skuteczny, realizując konkretne projekty. Być może jako człowiek sprawny i skutecznie realizujący założone cele mógłby ubiegać się o fotel prezydenta miasta (zwłaszcza, że ma za sobą przeszłość samorządową).

Prezydentem jest wprawdzie zupełnie kto inny, ale na styku interesów Gdynia – Andrzej Boczek wygląda, jakby to jednak ten ostatni decydował i narzucał miastu agendę wydarzeń. Nie znam inwestycji realizowanej w śródmiejskiej części miasta, która tak długo narzucała swoje warunki otoczeniu i stwarzała tak wiele uciążliwości – od wielu już lat mieszkańcy potulnie wychodzą w najdziwniejszych miejscach z tunelu pod Węzłem Wzgórze, raz mogąc korzystać ze schodów czy windy, innym razem zupełnie nie, musząc iść drewnianą konstrukcją. Ludzie, którzy chcą od strony Kopernika dostać się w okolice Urzędu Miasta, nigdy nie wiedzą, którą trasą tym razem będą wędrować, zwłaszcza, że nigdy nie jest dobrze oznaczona. Obserwowanie uczniów III LO próbujących dotrzeć do szkoły byłoby zabawne, gdyby nie było jednak smutne, zwłaszcza, że ostatnio nie tylko przecinanie Skweru Plymouth jest trudne, ale i wędrówka wzdłuż ulicy Partyzantów. Nie tylko zajęto tam cały chodnik, ale i rozryto jezdnie, po której trzeba poruszać się między kępkami asfaltu a brzegami płyt yomb.

fot. ZZT

Nie mam pojęcia, czy i jakie nałożono przez te lata opłaty za zajęcie pasa drogowego – mam nadzieję, że radni dopytają – nie wiem, czy w związku z przedłużaniem się terminu realizacji inwestycji były aneksy, kary, dodatkowe wymagania, ale wiem, że sprawa wygląda na totalnie nieogarniętą przez miasto, jakby jedynym dysponentem całej okolicy był deweloper i on decydował o tym czy, kiedy i jak możemy się poruszać. Patrząc na to, nie czuję, że miasto to ogarnia, tym zarządza, nadaje ramy i ustala zasady i że w ogóle interesuje się tym, jak mają sobie poradzić mieszkańcy. Jakby wywiesiło wielką białą flagę – i trudno mi to zaakceptować.

fot. ZZT

I na deser gdyńska ślizgawka – najpierw okazało się, że de facto o tym, czy w ogóle i kiedy będzie otwarta, też zdecyduje tempo prac przy inwestycji, bo to od niego zależna jest kwestia drogi pożarowej do obiektu. I dawno nie czytałem tak bełkotliwego tekstu na gdynia.pl jak ten dotyczący kwestii otwarcia ślizgawki (bo już nawet przestano nazywać to lodowiskiem, zupełnie słusznie).

Krótko mówiąc – nie wiem, kto aktualnie zarządza naszym miastem, od kogo można by oczekiwać odrobiny zainteresowania komfortem życia tysięcy ludzi od lat codziennie przemieszczających się w okolicy Skweru Plymouth i ulicy Partyzantów – być może wnioski w tej sprawie należałoby składać do pana Andrzeja, a nie do pana Wojciecha? Chyba dawałoby to więcej szans na empatię i sprawne działanie.

Przeczytaj także: Opowieści z Urzędu >>

ZZT


X